strona g?ówna arrow formy dramatyczne arrow Historia Witolda Gombrowicza

Historia Witolda Gombrowicza

(f r a g m e n t y   s c e n a r i u s z a)



(...)

scena

(Kawiarnia Ziemia?ska. Otwinowski sam przy stoliku, czeka na Witolda. Przychodzi Andrzejewski, dosiada si?. Rozmawiaj?. Zjawia si? Witold, podchodzi do stolika.)


WITOLD:

- Co pan tak sam siedzi, panie Stefanie?

scena

(Gombrowicz siedzi w fotelu)


GOMBROWICZ:

- Notowania na gie?dzie literackiej by?y gr? polityki, koterii zwalczaj?cych si? wzajem, intryg, wszystkiego tylko nie sztuki, nie literatury... Wielu m?odych pisarzy i poetów garn??o si? do „Prosto z mostu”... Stanis?awa Piaseckiego, nie ?eby byli nacjonalistami, a dlatego, ?e nie mogli dogada? si? z „Wiadomo?ciami Literackimi”, redagowanymi przez Grydzewskiego w duchu, jak si? wtedy mówi?o, maso?sko-liberalnym... Ja tak?e z Grydzewskim i jego mo?nym tygodnikiem nie dochodzi?em do porozumienia... Gdybym si? zaprzyja?ni? ze Skamandrem – gdybym ich dowcipy kolportowa? – gdybym redakcj? Wiadomo?ci odwiedza? i bi? czo?em przed Boyem – inaczej by to zapewne wygl?da?o, gdy? ca?y kramik Grydzewskiego rz?dzi? si? osobistymi sympatiami i antypatiami... Kto? pomawiany o lekki cho?by antysemityzm nie móg? by? popierany przez „Wiadomo?ci” – a ja mia?em pecha, ?e bohater jednego z moich opowiada? by? urodzony z ojca polskiego arystokraty i matki – ?ydówki. To wystarczy?o, aby mnie obsypa? pochwa?ami patologiczny ?ydo?erca, Adolf Nowaczy?ski – a znów pochwa?y Nowaczy?skiego wystarczy?y, aby ze strony „Wiadomo?ci” powia?o ch?odem... Bogu ducha by?em winien... nigdy si? antysemityzmowi nie oddawa?em... Przewa?nie ?ydzi byli moimi intelektualnymi przyjació?mi i oni stanowili wi?kszo?? mojej publiczno?ci. Zwano mnie niekiedy ?ydowskim królem... I blask od nich bij?cy niejednokrotnie mnie o?wieci?!... ?ydom bardzo wiele mam do zawdzi?czenia... Od ?ydów dowiadywa?em si?, na przyk?ad, o mo?liwo?ci kryzysu w Stanach, o perspektywach trockizmu, o poecie Przybosiu – rzeczach nieraz zupe?nie egzotycznych, jakby ci ?ydzi mieli swoj? osobn?, w?asn? pras?...

scena

(Witold na ganku, Szloma, kupiec zbo?owy, pod domem)


WITOLD:

- No co tam Szloma mi powie?! Dlaczego Szloma nie wszed? do tego interesu z Seidenbeutlem?


SZLOMA:

-Ja bym wszed?, panie dziedzicu, ale ten geszeft ?lamazarny, nie daje pola do roztoczenia skrzyde? kombinacji...

scena

(Gombrowicz siedzi w fotelu, j.w.)


GOMBROWICZ:

Bawili?my si? w szlachcica i ?yda, zabaw? przezwyci??ali?my pal?cy problem... Ju? znacie t? moj? polityk?... Z wrodzon? przekor? akcentowa?em w sobie wszystkie moje cechy aryjskie, wiejskie, szlacheckie... Otó? ?yd, moim zdaniem, ma s?abo?? do szlachcica polskiego, gdy? szlachcic go ?mieszy, bawi, gdy? wobec szlachcica on sam czuje si? bardziej ?ydem, czyli sob?, i to pozwala mu istnie? barwniej, intensywniej...

scena

(Kawiarnia. Witold z Lechoniem)


LECHO?:

- S?ysza?em wczoraj jak pan atakuje ?ydowsk? naiwno??...


WITOLD:

- Co pan chce przez to powiedzie??


LECHO?:

- Widzi pan, ja z ?ydami jestem za pan brat... i ze mnie spec od ?ydologii taki, ?e móg?bym traktat napisa?. Ci co ?ydów nie znaj?, my?l?, ?e oni s? chytrzy, przewrotni, wyrafinowani, zimni – a dopiero trzeba naprawd? z nimi beczk? ?ledzi zje??, aby wiedzie?, ?e oni s? naiwni... Ale ca?a rzecz w tym, ?e to jest naiwno?? doczepiona do chytro?ci, a tak?e romantyzm – bo oni s? bardziej romantyczni od Szopena – doczepiony do trze?wo?ci, oni s?, uwa?a pan, naiwnie nienaiwni i romantycznie trze?wi!


WITOLD:

- To chyba cokolwiek za wygodne...


LECHO?:

- Panie, wczoraj s?uchaj?c jak pan z nimi si? dra?ni, od razu pomy?la?em sobie: no, ten im szko?? daje! Ten si? dobra? do ich achillesowej pi?ty!

scena

(Gombrowicz w fotelu, j.w.)


GOMBROWICZ:

- Uderzy?a mnie trafno?? tej obserwacji, zarówno je?li idzie o ogóln? charakterystyk? ?yda, co o sens ukryty mojej z nimi polemiki.... Tak, to nie ch?ód intelektualny mnie w nich razi?, a w?a?nie ten... podziw ufny, prawie dziecinny, dla racji naukowej, dla teorii, doktryny i wreszcie dla kultury w ogóle... Wtedy ju? wyra?nie pokaza?o si?, ?e istnieje pomi?dzy nami zwi?zek duchowy wcale nie powierzchownej natury... Ten napi?ty stosunek ?yda do formy, to ?e ona tak ich dr?czy, albo ?mieszy, albo poni?a... Zaczyna?em powoli dostrzega?, ?e ten ?wiat ?ydowski wszczepiony w ?wiat polski ma niezwykle rozsadzaj?ce znaczenie i ?e to jedna z najwi?kszych szans naszych na wypracowanie nowego gatunku Polaka w formie nowoczesnej, zdolnej sprosta? tera?niejszo?ci. ?ydzi byli tym co nas ??czy?o z najg??bsz?, najtrudniejsz? problematyk? ?wiata.


(Zamy?la si?)


- ...Mimo wszystko „Pami?tnik z okresu dojrzewania” wci?gn?? mnie w ?wiat artystyczny i przysporzy? pewnego presti?u w ko?ach awangardy. Zacz??em bywa? w kawiarniach literackich Warszawy, ale bynajmniej nie w najlepszym towarzystwie... Jako? nie przylgn??em do stolika kawiarnianego Skamandrytów... Sprawi?em sobie w?asny stolik, niesamowity, z udzia?em aspirantów i pretendentów, na pó? jedynie urodzonych w sztuce, prowincjonalnych grafomanów, rozwichrzonych my?licieli, m?odych poetów zg?odnia?ych, niewymytych marzycieli – wszystko okraszone kilkoma rzeczywistymi talentami – i w tym to gronie ja z niezmordowan? wytrwa?o?ci?, z ?elazn?, godn? podziwu konsekwencj? mówi?em i mówi?em, co wieczór, co noc, g?upstwa, g?upstwa, g?upstwa... które jednak nie by?y g?upstwami, bo jednak by?y gdzie? jako? moimi prawdami...

scena

(Ziemia?ska. Dym z papierosów. Stolik m?odych pisarzy i poetów. Awangarda, proletariat, surrealizm, socjalizm. O?ywiona rozmowa)


PISARZ I:

- ... Mnie to nie imponuje. Dla mnie nie tytu? ma znaczenie, lecz... warto?? cz?owieka... Nie, któ?by wierzy? w te ?mieszne przes?dy...


PISARZ II:

- Przecie? to s? g?upie snobizmy epoki ko?cz?cego si? mieszcza?stwa! To oczywiste!


PISARZ III:

- Nie! To wr?cz ?mieszne uprzedzenia rasowe feudalizmu!


WITOLD: (podchodzi)

- A, przepraszam... S?ysz?, ?e tu panowie o genealogi? zatr?caj?... Otó?, moja babka by?a kuzynk? Burbonów hiszpa?skich...!


G?OSY:

- A... Gombrowicz!... Pan Witold! Prosimy siada?...


(Witold rozsiada si? przy stoliku)


STA?:

- W?a?nie mówi?em, panie Witoldzie, ?e dla poezji powinno si? wszystko po?wi?ci?...!


WITOLD:

- Stasiu! Poezja poezj?, ale przede wszystkim ci radz?: nie b?d? gminny!


G?OSY:

- No, nie... To idiotyzm, krety?stwo...! Dla sztuki niewa?na kwestia rodowodu... We?my dla przyk?adu proletariacki nurt poezji.


WITOLD:

- Jak?e to?! Sztuka? Sztuka w pierwszym rz?dzie jest zjawiskiem heraldycznym!


(Wszyscy si? ?miej?)


PISARZ I:

- Przecie? te sprawy niepowi?zane ze sob?...


WITOLD:

- A og?ada... obcowanie z warto?ciami tradycji.. obycia w wysokiej kulturze? Przecie? to ma nadzwyczaj istotne znaczenie.


PISARZ I:

- No, nie...


PISARZ II:

- Panie Witoldzie, niech nam pan nie wmawia, ?e kto? taki jak pan, cz?owiek na pa?skim poziomie, ho?duje takim g?upstwom.


STA?:

- Przecie? pan jeste? pisarzem, a to wi?cej znaczy ni?, gdyby? by? hrabi?...


WITOLD:

- Wol? by? uwa?any za hrabiego tout court ni? za hrabiego sztuk pi?knych, markiza intelektu i ksi?cia literatury...!


PISARZ I:

- Nie wierz?, panu!... Ja te? móg?bym... ostatecznie mój dziadek mia? will? w Konstancinie... Ale nie, nie!


PISARZ II: (pokazuje narysowany na serwetce herb)

- ... To mój herb... I co z tego? Mam si? nim chwali??!


PISARZ III:

- No, siostra mojej babki urodzi?a si? jeszcze na wsi, w maj?tku...


BRONIEWSKI: (podchodzi)

- Co pan robi, panie Witoldzie? Co to za dywersja? Pan nawet komunistów zarazi? herbarzem!

scena


GOMBROWICZ: (w fotelu j.w.)

- ... Do dzi? lubi? si? z artystami zachowywa? jak bur?uj, a z bur?ujami jak artysta – ?eby zdenerwowa?.


(...)

scena


GOMBROWICZ: (w fotelu j.w.) (Przegl?da si? w lustrze)

- By?em Polakiem. Znajdowa?em si? w Polsce. Czym?e jest Polska? Jest to kraj mi?dzy Wschodem a Zachodem, gdzie Europa ju? poczyna si? wyka?cza?, kraj przej?ciowy, gdzie Wschód i Zachód wzajemnie si? os?abiaj?. Kraj przeto formy os?abionej... Na tych wi?c równinach, otwartych na wszystkie wiatry, odbywa?a si? od dawna wielka Kompromitacja Formy i jej Degradacja... Rozmazywa?o si? to, roz?azi?o... Trzeba by?o zerwa? z Polsk? i przeciwstawi? si? Polsce... Zerwa?! Dystans! Nie chc? od tej chwili by? Polakiem, b?d? zupe?nie sam!... Nó?! Musz? dokona? ci?cia bardziej radykalnego. Musz? odci?? si? od siebie samego... By? cz?owiekiem to znaczy by? sztucznym... Proste? Dosy?. Trudno?? jedyna, ?e nie wystarcza?o uzna?, poj??. Trzeba by?o prze?y? i w?y? si?... Historia przysz?a mi z pomoc?.

scena

(Kawiarnia Ziemia?ska. Witold i przyjaciele)


WITOLD:

- Przebywam w gronie poetów w kawiarni Ziemia?skiej w Warszawie. To Otwinowski, to Pi?tak, to Wa?yk, a to Swiatek i Ada? Mauersberger. – Mój biedny Ada?, ha, ha, co mówisz?


OTWINOWSKI:

- Talentów mi?dzy nami sporo, ale jest co? sielskiego, co? prowincjonalnego, jaka ma?o?? i jaka bieda. – Wszystko co my piszemy jest biedne i bose!


WITOLD:

- Ta boso?? jest mo?e zalet? nasz? i si??.


OTWINOWSKI:

- Nie rozumiem ciebie mój Witoldzie bo nad stolikiem jeste? tak pyszny i b?yskotliwy i dumny ze swego urodzenia. A pod sto?em na bosaka!


WITOLD:

- Bracia czy? wszyscy nie jeste?my na bosaka?


WSZYSCY: (k?ad? bose nogi na stó?)

- Rzeczywi?cie!


WIENIAWA-D?UGOSZOWSKI: (wchodzi)

- Ja jestem przy ostrogach! Jestem u?an, jestem kawalerzysta!


WSZYSCY:

- Dlaczego jeste? boso?


WIENIAWA-D?UGOSZOWSKI:

- Czy pan Gombrowicz?


WITOLD:

- W rzeczy samej.


WIENIAWA:

- S?ysza?em o panu, znam pa?sk? rol? w czasie wojny. Wiem jakie ci??? na panu odpowiedzialno?ci. N?dzny degeneracie! Starasz si? zohydzi? pi?kno?? nasz?, u?a?sk? kras?, chor?giewk?. Panie Gombrowicz!


WITOLD:

- W rzeczy samej.


WIENIAWA:

- Porzu? wysi?ki twoje, bo ja u?an b?d? czarowa?! B?d? kokietowa? i b?d? kocha?! Ja jestem zakochany w sobie!


WITOLD:

- Czemu mam przypisa? zaszczyt tych odwiedzin?


WIENIAWA:

- Mój wódz, Marsza?ek, Józef Pi?sudski, chce z panem mówi? w Belwederze. Jest pan wezwany do Belwederu.


WITOLD:

- W jakim celu?


WIENIAWA:

- Potrzebuje on twojej rady. Wie?? o twoim nies?ychanie przenikliwym umy?le, hm, hm, dosz?a do Belwederu. Dlatego Belweder pragnie obgada? z tob? pewne sprawy. – Czy widzisz tego cz?owieka, który tam przy stoliku siedzi w opo?czy?...


WITOLD:

- Kto to?


WIENIAWA:

- Pi?sudski.


WITOLD:

- Ten historyczny m??.


WIENIAWA:

- On sam! To Pi?sudski! To Polska! To geniusz Narodu!


WITOLD:

- Wielka moc bije z tego cz?owieka, ale on oddany Wielko?ci. Wielko??! Wielko??! Jaki ma by? mój stosunek do tego cz?owieka? Czy mam potwierdzi? go, czy mu zaprzeczy?? Co? w nim nie jest tak, jak by? powinno.


PI?SUDSKI:

- Pozwól pan. Znana mi jest pa?ska tajna w?a?ciwo??... Pan zdaje si? jest historyk?


WITOLD:

- Do pewnego stopnia.


PI?SUDSKI:

- Pi?sudski ci??k? prze?ywa wewn?trzn? rozterk?. I w ci??kiej m?ce wykuwa Decyzj?.


WITOLD:

- (Dlaczego ten cz?owiek mówi o sobie jakby nie by? sob?? Dlaczego sobie imponuje i przed sob? jest na kolanach?)


PI?SUDSKI:

- Pytanie jest takie: mam z jednej strony s?siada co ciemn? kuje ideologi?, a z drugiej innego co by nas po?ar?. Jedyn? m? my?l?: utrzyma? Polsk?. No, no, Bosonogu, mój Bosonogu, wydaje si?, ?e co? tam ty widzisz i przeczuwasz: co mi radzisz?


WITOLD:

- Zdejm buty!


PI?SUDSKI:

- Nieraz zdejmowa?em, bom by? na wozie i pod wozem. Mog? zdj??.


WITOLD:

- Spróbuj w takim razie zata?czy? i za?piewa? piosenk?.


PI?SUDSKI:

- O nie! Ja ciebie! Stra?! Stra?!


WITOLD:

- A jakby? palcem nogi podrapa? si? w g?ow?? Lub na przyk?ad, spróbuj by? lekki jak piórko!


PI?SUDSKI:

- ?ajdaku! Ty chcesz Pi?sudskiego zamieni? w co? Ja jestem Pa?stwo, ja jestem Naród!


WITOLD:

- Józiek! Józiek!


PI?SUDSKI:

- Co? Co?


WITOLD:

- Ty jeste? s?aby!


PI?SUDSKI:

- Milcz przekl?ty!


WITOLD:

- Ty jeste? s?abosilny!


PI?SUDSKI:

- O, o, o!


WITOLD:

- Udajesz Moc aby j? posi???, jeste? w przedpokoju mocy! Czy nie widzisz, jakie to wszystko s?abe? Chcesz mojej rady? Postaraj si? nie broni? tego, co jest, we? rozbrat z tera?niejszo?ci?, poddaj si? stwarzaniu. Wchodzimy w okres burzliwy, dziwny, ciemny, nieobliczalny i nieograniczony. Na nic wasze dotychczasowe sposoby.


PI?SUDSKI:

- Precz, precz! Bosonogu! Jed? pan w tajnej misji do Adolfa Hitlera i powiedz mu pan ode mnie, ?eby si? roz?adowa? odno?nie nas. Ja nie mam kogo pos?a?. Sam nie pojad?, bo nie chc? do niego jecha?. Zaproponuj mu pan pakt o nieagresji na lat pi??. Mo?e dotrzyma! Có? mo?na robi?? Wszystko cokolwiek by si? zrobi?o jest z?e, s?abe... i bezsilne... Jed?, jed?, jed?! Hej bieda, bieda!


WIENIAWA:

- To wielki M??!


S?AWOJ-SK?ADKOWSKI:

- To historyczne!


WITOLD:

- Hitler nie istnieje. Hitlera nie ma. Ach gdyby mo?na by?o wykry?, ?e nie ma Hitlera!


PI?SUDSKI:

- Przekl?ty ten Naród, moje za s?abe narz?dzie.


WIENIAWA:

- To historyczne!


S?AWOJ-SK?ADKOWSKI:

- To wielki M??!


WITOLD:

- Jedyne co mo?e nas zbawi?, to ucieczka z tego wi?zienia w jakim jeste?my zamkni?ci. UCIEKAJ!


PI?SUDSKI:

- Tchórzu!


WITOLD:

- UCIEKAJ! WY?AMUJ! UCHYLAJ SI?! Jeste?my w potrzasku, jeste?my skazani na zag?ad?! Jedyne co nas mo?e uratowa? to ucieczka z nas samych.


PI?SUDSKI:

- Jed? do Hitlera! Hej, las Rymanowski za mg??! A mnie trzeba jecha? do Krakowa!

scena


GOMBROWICZ: (w fotelu j.w.)

- W owym przedwojennym czasie co? dziwnego pocz??o si? z lud?mi. Wojn? mo?na uj?? jako konflikt form. Widzia?em niedowierzaj?c temu, co widz?, jak sposobi?ca si? do wojny Europa – zw?aszcza ?rodkowa i wschodnia – wchodzi?a w okres demonicznej mobilizacji formalnej... Fabrykacja wiar, entuzjazmów, idea?ów, dorównywa?a fabrykacji armat i bomb. ?lepe pos?usze?stwo i ?lepa wiara sta?y si? obowi?zuj?ce nie tylko w koszarach. Wprowadzano si? sztucznie w stany sztuczne, i wszystko – mia?o by? po?wi?cone dla uzyskania si?y... Dusz?c si? w owym nat??eniu formy, zrozpaczony, rzuci?em si? z ca?ych si? ku nowemu odczuwaniu cz?owieka, to jedno pozwala?o zachowa? troch? nadziei... Stary Bóg umiera?. Kanony, prawa, obyczaje, które stanowi?y dorobek ludzko?ci, znalaz?y si? w pró?ni, pozbawione autorytetu. Cz?owiek pozbawiony Boga, wyzwolony, wolny i dowolny, poczyna? sam siebie stwarza? poprzez innych ludzi... Forma, to ona wci??, a nie co innego, by?a u sedna tych konwulsji... Skojarzy?em ow? ogólnoludzk? panoram? z moim osobistym do?wiadczeniem i dost?pi?em pewnego uspokojenia: to nie ja tylko by?em kameleonem, a wszyscy. To by?a nowa kondycja ludzka, któr? na gwa?t trzeba by?o sobie u?wiadomi?. Odt?d sta?em si? „poet? formy”. Odci??em si? od siebie samego. Rzeczywisto?? odkry?em w nierzeczywisto?ci, na jak? skazany jest cz?owiek. A „Ferdydurke” sta?a si? (zamiast mnie tylko s?u?y?) groteskowym poematem o m?kach cz?owieczych – s?owa Schulza – na prokrustowym ?o?u formy.

scena

(Witold i Uni?owski. Uni?owski oddaje Witoldowi maszynopis „Ferdydurke”)


UNI?OWSKI:

- Wiesz, ze z?o?ci? to przeczyta?em. To jest akurat to, co ja teraz chcia?em pisa?! Ukrad?e? mi ksi??k?...


GOMBROWICZ: (w fotelu j.w.)

- My?l?, ?e by? szczery. Ju? poprzednio wspomina?, ?e nosi si? z zamiarem napisania utworu satyrycznego „à la Wolter”, który by?by jego protestem i za?atwieniem rachunków za ?wiatem... Oj! Te rozmowy z Uni?owskim... Ten Uni?owszczak by? ju? wtedy figur?, „panem redaktorem”, jak go tytu?owali kelnerzy – mia? pieni?dze... „Lokal” to by?a chyba jego obsesja, kompleks z czasów, kiedy sam kelnerowa? z serwet? pod pach?, na r?ce. Mo?e to nie by?o takie proste, mo?e wiele i skomplikowanych przyczyn ci?gn??o Uni?owszczaka do knajp i dansingów... Ja... poczu?em od razu du?? sympati? do niego, a ceni?em go te? jako artyst?... ale mimo to byli?my zupe?nie niedobrani... Uni?owski to by? proletariat, który talentem i inteligencj? wywalczy? sobie awans spo?eczny... Przypomina? mi Londona. W gatunku ich spojrzenia na ?wiat, ich stylu, ich inteligencji, by?o co? pokrewnego... Zbyszek Uni?owski by? trudny, zamkni?ty, o zaostrzonej czujno?ci, o nieustannym nat??eniu. By? poza tym zbuntowany – jakby ówczesny prekursor H?aski – mo?e nie tyle w tym, co napisa?, ile w tym, co mia? do napisania. Tak badzo ufa?em jego inteligencji i smakowi, i? pomimo ?e tyle nas dzieli?o – ja by?em cz?owiekiem kawiarni, lubi?em godzinami prawi? bzdury przy czarnej kawie... on potrzebowa? alkoholu, przy?mionych ?wiate? jazzu – da?em mu „Ferdydurke” do przeczytania jeszcze w maszynopisie... Gotowa?y si? w nim urazy, z?o?ci, by? w?ciek?y i spragniony bitwy... „Ferdydurke” by?a utworem wojowniczym i temu prawdopodobnie zawdzi?czam, ?e od razu zdoby?em sobie w Zbyszku wcale nie oboj?tnego czytelnika.


(Witold i Uni?owski j.w.)


UNI?OWSKI:

- ... Mia?em... w?a?nie teraz pisa? tak? satyr? „à la Wolter”... to jest to... Takie wojownicze! Ukrad?e? mi ksi??k?...


GOMBROWICZ: (w fotelu j.w.)

- Bardzo si? obawiam, ?e to ja by?em po?redni? przyczyn? jego ?mierci. Mia?em lekk? gryp?, siedzia?em w domu, nudzi?em si?... Zatelefonowa?em ?eby przyszed? na kolacj?. Przyszed?, zarazi? si? gryp?, z której wynik?o zapalenie mózgu. Umar?. Mo?e i nie ode mnie si? zarazi?... ale nie mog? wyzby? si? podejrze?... Tak, to by? talent... jaka szkoda, ?e umar?.

scena

(Belweder. Trzy samochody przed pa?acem. Grupki osób: wojskowi, pisarze, pos?owie, arty?ci. Ciche rozmowy, ?wiato? latar?. Kobiety zap?akane. Szok. Witold stoi w grupie kolegów pisarzy. Sznur rz?dowych Cadillaców wje?d?a na dziedziniec pa?acu).


WITOLD:

- Jakie ?adne samochody!


(Oburzenie w?ród kolegów)


G?OSY:

- Co?!... Co? takiego! W takiej chwili... No wiesz, Witoldzie... ?e te? pan takeij chwili nie uszanuje... To poza! Gombrowicz zgrywa si? na cynika... To nietakt, panie Witoldzie! Przecie? to sam Marsza?ek! Tak nie mo?na...


WITOLD:

- ?mier? Marsza?ka wstrz?sn??a mn?, nie przecz?... z nim umiera pewien okres naszego bytowania... Wchodzimy w Nieznane, naje?one gro?bami! Ale... zachowujecie si? jakby to nie cz?owiek umar?, a nadcz?owiek... Wy, intelektuali?ci, filozofowie, arty?ci?... Nawet rozmawiacie o nim tak, jakby by? „podarowany”... Jak by?my otrzymali w prezenecie od Historii wielkiego cz?owieka... „Polska ma wielkich ludzi i wielkim cz?owiekiem Polski jest teraz Pi?sudski”!... A ?e to niby darowanemu koniowi nie zagl?da si? w z?by, wi?c i wy nie pytacie sk?d i dlaczego jemu ta wielko?? si? bierze... Pi?sudski! Nie mnie ocenia? jego polityk?... Ale to co przystoi ?o?nierzowi, nie zawsze mo?e by? zalecone intelektuali?cie...


G?OS:

- Czy pan oszala??! To prowokacja...!


RUDNICKI:

- No chod?, Witold, idziemy...!

scena


GOMBROWICZ: (w fotelu j.w.)

- Od ?mierci Pi?sudskiego pocz??y ju? wyra?nie dawa? si? we znaki objawy rozk?adu. Ta Polska, która zaledwie kilkana?cie lat sobie liczy?a, nie mia?a wypracowanych zasad, instytucji, norm post?powania, ta ca?a demokracja jeszcze nie wesz?a w kerw narodowi. Póki wi?c nad panoram? ?ycia politycznego, a nawet duchowego górowa?a silna osobowo?? Marsza?ka, wszystko nie?le trzyma?o si? kupy. I tym lepiej, ?e Pi?sudski by? jak najdalszy od wszelkiej teorii, nikt dobrze nie wiedzia? jakie s? jego pryncypia, natomiast wzbudza? zaufanie jako cz?owiek bezinteresowny, a zdolny, genialny mo?e, mo?e nawet opatrzno?ciowy. Gdy umar? poczuli?my si? troch? jakby wiatr zerwa? nam ach nad g?ow?. A w?a?nie w Europie stawa?o si? coraz burzliwiej...


(Popija koniak)


- ... Gdyby „Ferdydurke” ukaza?a si? pod koniec roku 1937, jak ja poczu?em si? wobec ludzi?... Bez kwestii, poczu?em si? lepiej, ta ksi??ka ustawia?a mnie jako? wobec ?ycia. Poczu?em si? lepiej, ale bodaj nigdy nie czu?em si? gorzej. Za?amany, smutny, wyczerpany, sp?dzi?em par? miesi?cy w Tatrach, potem wyjecha?em do Rzymu. I tam zdarzy?o si? co? charakterystycznego... poczu?em si? Europejczykiem, poczu?em si? u siebie w domu! Dlaczego? Dzi?ki „Ferdydurke” mia?em zapewnion? rol? w Europie? Jak?? Jasna. Ja... mia?em powiedzie? bazylice, madonnom i rzymskiemu forum, freskom i bibliotekom: jeste?cie strojem cz?owieka, niczym wi?cej...


(Milczy)


- I odt?d ju? przez ca?e ?ycie nie opuszcza?a mnie pewno??, ?e jestem Europejczykiem i mo?e bardziej Europejczykiem ni? Europejczycy rzymscy i paryscy. Ko?ata?o si? we mnie prze?wiadczenie, ?e rewizja formy europejskiej mo?e by? przedsi?wzi?ta tylko z pozycji pozaeuropejskich, stamt?d gdzie ona staje si? lu?niejsza i mniej doskona?a. Sekretna pewno??, ?e niedoskona?o?? jest wy?sza (gdy? bardziej twórcza) od doskona?o?ci, by?a jedn? z zasadniczych intuicji „Ferdydurke”. Jaka? swoboda zatem!... Wraca?em z Rzymu do Warszawy via Wenecja, Wiede?. Gdybym pisa? powie??, zamiast wspomnienia moje opowiada?, tak przedstawi?bym swój powrót: jad?, tryumfuj?cy, by powiedzie? Polakom, s?uchajcie, zwyci?stwo, zwyci??y?em Rzym i Europ?! I ka?dy z was zrobi to samo, gdy przeczytawszy „Ferdydurke” rozlu?ni sobie nieco polsko??! Ale bum! W Wiedniu wje?d?a mój poci?g w t?umy, manifestacje z pochodniami... Hitler wkracza! Anschluss! W Warszawie podniecenie, t?umy, gor?czka, zawzi?to??, pogotowie wojenne... znów wi?c Polak musia? w sobie si? zamkn??, jak w fortecy, w siebie uwierzy? i siebie pokocha?!... Mobilizacja!... Zrozumia?em... „Ferdydurke” skazana by?a na kl?sk? i ja wraz z ni?...


(...)